![]() | SEKSMISJAw reżyserii Juliusza Machulskiego premiera cyfrowej wersji 07.06.2010 |
Pomysł (i pierwotny scenariusz) Seksmisji narodził się jeszcze w latach 70. - miała to być
ironiczna komedia science-fiction o świecie zdominowanym przez kobiety. Wkrótce jednak
nastał stan wojenny, do którego reżyser i scenarzysta Juliusz Machulski - jak sam podkreślał -
musiał się odnieść, bo „była to zbyt dojmująca sprawa w naszej rzeczywistości, by jej nie
zauważyć”. Tym samym ubrana w kostium SF opowieść o przyszłości stała się jednocześnie
komentarzem do teraźniejszości, a zrealizowana w mrocznych czasach komedia nie tylko
stanowiła skuteczne lekarstwo na peerelowską szarzyznę, ale i celnie opisywała objawy
choroby, jaką był ówcześnie panujący system totalitarny.
9 sierpnia 1991 roku dwaj ochotnicy, Maks (Jerzy Stuhr) i Albert (Olgierd Łukaszewicz)
poddają się eksperymentowi: przez 3 kolejne lata mają pozostać w stanie hibernacji. Los
sprawia, że obudzeni zostają jednak dopiero 8 marca roku... 2044. I ta data - Dzień Kobiet -
jest podwójnie symboliczna, bo bohaterowie budzą się w świecie zamieszkanym wyłącznie
przez kobiety. W czasie ich snu wybuchła wojna nuklearna, w wyniku której zniszczone zostało
nie tylko środowisko, ale i męskie geny. Maks i Albert - jako prawdopodobnie jedyni
mężczyźni na ziemi - spróbują przywrócić naturalny porządek rzeczy oraz równowagę płci. Nie
będzie to łatwe w skoszarowanym, rządzonym autorytarnie świecie.
Kult jednostki, propaganda, zakłamywanie historii, nieustanna inwigilacja, system kontroli i
samokontroli, nowomowa i powtarzane automatycznie slogany typu „Nie ma różnicy między
tym, co jest, a tym, co być powinno. To, co jest - jest słuszne” - wszystkie te cechy państwa
kobiet przypominały rzeczywistość PRL-u, podobnie jak królestwo Jej Ekscelencji opartego na
mistyfikacji. Te analogie nie uszły też uwagi cenzury, która m.in. po kilku dniach
rozpowszechniania wycofała kopie zawierające kwestię „Idziemy na wschód - tam musi być
jakaś cywilizacja”. Ze współczesnej perspektywy ta antytotalitarna interpretacja Seksmisji jest
już mniej istotna, podkreślany jest za to jej antyfeministyczny, mizoginiczny wręcz charakter.
Czy słusznie? Czy intencją reżysera rzeczywiście było wyśmianie radykalnego feminizmu? To
pewnie kwestia sporna, ale bezsporne, niezależnie od odczytań jest to, iż Seksmisja - hit lat
80., źródło niezapomnianych filmowych kwestii, które wręcz weszły do potocznego języka
(„Ciemność, widzę ciemność!”, „Chodź, zwiedzimy sobie pięterko” czy „Liga broni, liga radzi,
liga nigdy cię nie zdradzi”) - pozostaje jedną z najlepszych polskich komedii, która, mimo
upływu lat i zmiany ustroju, zupełnie się nie zestarzała.
◄◄◄ pozostałe filmy















